Coraz częściej łapię się na myśli, że coś istotnego w relacjach międzyludzkich uległo cichej, niemal niezauważalnej degradacji. Nie stało się to gwałtownie ani spektakularnie, raczej jak powolna erozja, która dzień po dniu osłabiała fundamenty wzajemnego zaufania. Mam na myśli zjawiska, które dziś zdają się powszednie: brak punktualności, niesłowność, niedotrzymywanie obietnic, milczenie zamiast odpowiedzi, kontakt inicjowany wyłącznie wtedy, gdy czegoś się od drugiej osoby potrzebuje. To drobne gesty, a właściwie ich brak, które jednak w swojej sumie tworzą obraz relacji powierzchownych i instrumentalnych.

Gdy myślami wracam do lat dzieciństwa, do czasu sprzed wszechobecnych telefonów komórkowych i nieustannego dostępu do internetu, widzę świat wolniejszy, lecz paradoksalnie bardziej uporządkowany. Punktualność była wyrazem szacunku, a nie opcją zależną od nastroju. Jeśli ktoś się spóźniał co było rzadkie, informował w miarę możliwości. Jeśli coś obiecywał, czuł się zobowiązany. Słowo miało wagę, a relacje opierały się na wzajemnej uważności. Nie było możliwości zniknięcia bez konsekwencji, ponieważ milczenie również było komunikatem i to takim, który wymagał wyjaśnienia lepszego niż złamany paznokieć. Relacje międzyludzkie miały wówczas większą wartość, a więzi opierały się na poczuciu odpowiedzialności za drugiego człowieka.

 Współczesność przyniosła nam nieograniczone możliwości kontaktu, lecz jednocześnie odebrała mu głębię. Psychologicznie rzecz ujmując, nadmiar bodźców i relacji sprawił, że drugi człowiek stał się łatwo zastępowalny. Gdy ktoś nie odpisuje, tłumaczymy to zmęczeniem, nadmiarem spraw lub brakiem czasu a jednocześnie te same osoby, które nieustannie mówią o braku czasu, znajdują go na oglądanie naszych relacji w internecie. Gdy nie oddzwania, uczymy się nie oczekiwać. Stopniowo obniżamy standardy, adaptując się do kultury emocjonalnej nieobecności stając się przy tym sami mniej kulturalni względem innych.  Tymczasem za każdym nieodpisanym komunikatem stoi realna osoba z jej czasem, emocjami i potrzebą bycia zauważoną.

Coraz wyraźniej dostrzegam również, że brak kultury osobistej staje się zjawiskiem niemal powszechnym. Uprzejmość, takt i elementarna grzeczność coraz częściej postrzegane są jako coś zbędnego, a nawet naiwnego. Paradoksalnie, gdy zaczynamy traktować ludzi dokładnie w taki sposób, w jaki oni traktują nas, bardzo często spotykamy się z autentycznym zdziwieniem, a nawet oburzeniem. Jakby wzajemność przestała być oczywistą zasadą relacji, a szacunek miał obowiązywać tylko w jedną stronę.

Filozoficznie można by powiedzieć, że żyjemy w epoce relacji na żądanie, w których obecność drugiego człowieka bywa traktowana użytkowo. Odzywamy się, gdy czegoś potrzebujemy, a znikamy, gdy potrzeba mija. W ten sposób człowiek przestaje być celem samym w sobie, a staje się środkiem, co stoi w rażącej sprzeczności z elementarną etyką relacji międzyludzkich. Brak słowności i niedotrzymywanie obietnic nie są więc jedynie kwestią złych manier, lecz symptomem głębszego kryzysu odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Jako kobieta i psycholog szczególnie wyczulona jestem na niuanse relacyjne, na to, co niewypowiedziane, przemilczane i odkładane na później. Widzę, jak łatwo dziś usprawiedliwiamy brak uważności i jak szybko godzimy się na bycie traktowanymi pobieżnie. A przecież szacunek nie wymaga wielkich gestów. Czasem wystarczy punktualność. Czasem jedno zdanie: nie dam rady, odezwę się później. Czasem dotrzymane słowo.

Być może największym wyzwaniem naszych czasów nie jest brak technologii, lecz brak obecności, prawdziwej, odpowiedzialnej i empatycznej. Takiej, która pamięta, że po drugiej stronie zawsze jest człowiek, a relacja, nawet najkrótsza, nigdy nie powinna być przedmiotowa. Jeśli bowiem stracimy szacunek do słowa i do czasu drugiego człowieka, stracimy coś znacznie cenniejszego, zdolność do budowania autentycznych więzi i prawdziwych przyjaźni.


Brak komentarzy